|
Przez kępę cyprysów
Walter, który bawił się w króla gór, zobaczył białą ciężarówkę i
wiedział, co to jest. To ciężarówka aborcyjna, pomyślał, przyjeżdża
po jakieś dziecko, żeby je zabrać na skrobankę poporodową w ośrodku
aborcyjnym. Może to moi rodzice ją wezwali,
pomyślał. Po mnie. Uciekł i schował się w
jeżynach czując ukłucia kolców, ale myślał, że lepsze to, niż gdyby
mu mieli wyssać powietrze z płuc. Tak oni to robią; zbiorową
skrobankę wszystkim dzieciom, które tam mają. Jest taka specjalna
duża komora. Dla dzieci, których nikt nie chce.
Kryjąc się głębiej w jeżynach nadsłuchiwał,
czy samochód się zatrzymuje. Nadal słyszał silnik.
- Jestem niewidoczny - powiedział sam do
siebie cytując Oberona ze Snu nocy letniej, którego grał w
piątej klasie. Po tych słowach nikt go już nie widział. Może to
magiczne zaklęcie zadziała i w życiu. Powtórzył więc jeszcze raz
"Jestem niewidzialny". Widział jednak, że nie jest. Widział swoje
ręce, nogi, buty i wiedział, że wszyscy - jego matka i ojciec, a
zwłaszcza obsługa ciężarówki aborcyjnej, też mogą go zobaczyć.
Jeżeli go znajdą. Jeżeli to jego szukają tym
razem. Szkoda, że nie jest królem. Byłby cały
posypany czarodziejskim proszkiem, miałby lśniącą koronę, rządził
krainą elfów i mógłby się zawsze zwierzyć wiernemu Pukowi. Albo
prosić go o radę. Na przykład, kiedy pokłóciłby się ze swoją żoną
Tytanią. Widocznie, pomyślał, zaklęcia nie
zawsze się sprawdzają. Mrużył oczy od słońca,
ale głównie słuchał silnika ciężarówki aborcyjnej. Nadal było go
słychać i w Walterze narastała nadzieja w miarę, jak odgłos się
oddalał. Jakiś inny dzieciak zostanie zabrany do ośrodka
aborcyjnego, ktoś z drugiego końca ulicy.
Roztrzęsiony i podrapany z trudem wyplątał się
z jeżyn i na miękkich nogach ruszył w stronę domu. Po drodze
rozpłakał się, głównie z bólu od licznych zadrapań, lecz także ze
strachu i ulgi. - O Boże! - wykrzyknęła matka
na jego widok. - Coś ty, na Boga, robił? -
Ja... widziałem... ciężarówkę aborcyjną - powiedział przez łzy.
- I myślałeś, że to po ciebie?
W milczeniu kiwnął głową.
- Posłuchaj, Walterze - powiedziała Cynthia
Best przyklękając i ujmując jego drżące dłonie. - Obiecuję ci, ja i
twój ojciec obiecujemy ci, że nigdy cię nie odeślemy do Centrum
Powiatowego. Zresztą, jesteś już za duży. Zabierają tylko dzieci do
dwunastego roku życia. - A Jeff Vogel?
- Rodzice oddali go tuż przed wejściem w życie
nowego prawa. Teraz zgodnie z prawem nie można by go zabrać. Ciebie
też nie mogą zabrać. Zrozum, ty masz duszę. Prawo mówi, że
dwunastoletni chłopiec ma duszę. Nie możesz więc być zabrany do
Centrum Powiatowego. Rozumiesz? Jesteś bezpieczny. Ilekroć widzisz
ciężarówkę aborcyjną, wiedz, że to nie po ciebie. Nigdy po ciebie.
Rozumiesz? To po jakieś inne, młodsze dziecko, które nie ma jeszcze
duszy, po przedczłowieka. - Nie czuję, że
uzyskałem duszę; czuję się tak, jakbym zawsze miał duszę -
powiedział ze spuszczoną głową, nie patrząc na matkę.
- To kwestia prawna - powiedziała jego matka
pośpiesznie. - Ściśle uzależniona od wieku. A ty ten wiek
osiągnąłeś. Kościół Świadków przeforsował w Kongresie ustawę w tej
sprawie... właściwie kościół chciał nawet ustalić niższą granicę;
twierdził, że dusza wstępuje w ciało w wieku trzech lat, ale
uchwalono ustawę kompromisową. Dla ciebie najważniejsze jest, że z
punktu widzenia prawa jesteś bezpieczny, niezależnie od tego, co sam
czujesz, rozumiesz? - Tak - powiedział kiwając
głową. - Przecież wiesz to wszystko?
- A wiesz, jak to jest, kiedy się czeka
codziennie, czy ktoś nie przyjdzie i nie wepchnie cię do klatki w
ciężarówce... - wybuchnął gniewem i żalem. -
Twoje obawy są nieuzasadnione. - Widziałem,
jak zabierali Jeffa Vogela. Płakał, a oni otworzyli tył ciężarówki,
wepchnęli go do środka i zamknęli. - To było
dwa lata temu. Jesteś tchórzem. - Matka spojrzała na niego gniewnie.
- Twój dziadek by cię wychłostał, gdyby cię teraz zobaczył i
usłyszał, co mówisz. Twój ojciec nie. On by się tylko uśmiechał i
powiedział coś od rzeczy. Minęły dwa lata i dobrze wiesz, że
przekroczyłeś limit wieku! Jak... - szukała odpowiedniego słowa. -
Jesteś zdeprawowany. - On już nie wrócił.
- Może ktoś, kto chciał mieć dziecko, pojechał
do Centrum Powiatowego, znalazł go i adoptował. Może ma teraz lepszy
zestaw rodziców, którzy go lubią. Trzyma się je tam trzydzieści dni,
zanim się je zlikwiduje. To znaczy uśpi - poprawiła się.
Walter nie poczuł się uspokojony. Wiedział, że
"uśpić" kogoś to określenie z języka mafii. Odsunął się od matki nie
szukając już u niej pocieszenia. Była u niego przegrana; ujawniła
coś o sobie, jakieś źródło swoich przekonań, myśli, może nawet
czynów. Postępowania ich wszystkich. Wiem, myślał, że nie jestem
inny teraz niż dwa lata temu. Jeżeli według prawa mam duszę teraz,
to miałem duszę i wtedy albo wcale nie mamy dusz i jedyną prawdziwą
rzeczą jest ta okropna ciężarówka z zakratowanymi okienkami
zabierająca dzieci nie chciane przez rodziców, którzy korzystają z
rozszerzenia starego prawa do usuwania ciąży, pozwalającego na
zabijanie nie chcianych dzieci, zanim przyszły na świat. Ponieważ
nie miały "duszy" ani "osobowości", wolno było je wyssać pompą
próżniową, co trwało mniej niż dwie minuty. Doktor mógł
przeprowadzić setkę takich zabiegów dziennie i było to zgodne z
prawem, ponieważ nie narodzone dziecko nie było "człowiekiem". Było
"przedczłowiekiem". Potem tylko przesunięto datę uzyskania
człowieczeństwa. Kongres wprowadził prosty
test określający przybliżony wiek, kiedy dusza wstępuje w ciało.
Wyznaczała to zdolność rozwiązywania zadań algebraicznych. Do tego
czasu były tylko ciała, zwierzęce instynkty i ciała, zwierzęce
odruchy i reakcje na bodźce. Jak psy Pawłowa, kiedy widziały strużkę
wody sączącą się spod drzwi laboratorium w Leningradzie;
"wiedziały", ale nie były ludźmi. Ja chyba
jestem człowiekiem, pomyślał Walter, podnosząc wzrok na szarą,
surową twarz matki z twardymi oczami i wyrazem ponurej
racjonalności. Jestem taki sam jak ty, myślał. Hej, dobrze jest być
człowiekiem, nie trzeba się wtedy bać, że przyjedzie po ciebie biała
ciężarówka. - Widzę, że ci ulżyło - zauważyła
matka. - Obniżyłam twój próg lęku. - Nie
jestem taki głupi - powiedział Walter. Przeszło, minęło. Ciężarówka
odjechała i nie zabrała go. Ale za kilka dni
wróci. Krąży nieustannie. Przynajmniej miał
przed sobą te kilka dni. A potem znów ten widok... wolałbym nie
wiedzieć, że wysysają powietrze z płuc dzieci, które tam wywożą,
myślał. Tak je likwidują. Dlaczego? Ojciec mówił, że tak jest
taniej. Oszczędza się pieniądze podatników.
Pomyślał o podatnikach i o tym, jak taki
podatnik może wyglądać. Jak ktoś, kto wykrzywia się gniewem na widok
każdego dziecka. Kto nie odpowiada dzieciom na pytania. Chuda twarz
wiecznie skrzywiona, oczy rozbiegane. A może tłusta; jedno albo
drugie. Bardziej przerażała go ta chuda; nie cieszyła się życiem i
nie chciała nowego życia. Wysyłała komunikat "Umrzyj, idź sobie,
przepadnij, zniknij". Ciężarówka aborcyjna jest jej narzędziem i
dowodem na jej istnienie. - Mamo - spytał -
jak można zamknąć Centrum Powiatowe? Wiesz, klinikę aborcyjną, do
której zabierają niemowlęta i małe dzieci. -
Należy się zwrócić z petycją do Rady Powiatowej.
- A wiesz, co ja bym zrobił? Poczekałbym, aż
tam nie będzie dzieci, tylko pracownicy, i wrzucił tam
bombę. - Nie mów tak! - przerwała mu gniewnie
matka i jej twarz nabrała surowego wyrazu chudego podatnika. Poczuł
lęk, własna matka budziła w nim lęk. Zimne i mętne oczy są
zwierciadłem pustki, nie ma za nimi duszy. To wy nie macie dusz,
pomyślał, wy i wasze chude wezwania do nieistnienia. Nie my.
I wybiegł na dwór bawić się dalej.
Kilkoro innych
dzieci też widziało ciężarówkę. Stały teraz razem przerzucając się
co jakiś czas pojedynczymi frazami, ale głównie kopiąc kamyki i
piasek, czasem rozdeptując szkodliwego owada.
- Po kogo przyjechała ciężarówka? - spytał
Walter. - Po Fleischhackera. Earla
Fleischhackera. - Złapali go?
- Jasne. Nie słyszałeś, jak wrzeszczał?
- Czy jego starzy byli wtedy w domu?
- Nie, wyjechali wcześniej, powiedzieli mu, że
jadą wymienić olej w samochodzie. - Czy to oni
wezwali ciężarówkę? - Jasne. Prawo mówi, że to
muszą zrobić rodzice. Ale stchórzyli i nie chcieli być w domu, kiedy
ciężarówka przyjedzie. A on strasznie wrzeszczał, może byłeś za
daleko, żeby usłyszeć, ale naprawdę strasznie wrzeszczał.
- Wiesz, co powinniśmy zrobić? - powiedział
Walter. - Podpalić ciężarówkę i załatwić kierowcę.
Wszystkie dzieci spojrzały na niego z pogardą.
- Wpakują cię na resztę życia do domu
wariatów, jak zrobisz coś takiego. - Czasami
tak robią - poprawił Pete Bride - a czasami dają ci nową, społecznie
dostosowaną osobowość. - No to co mamy robić?
- spytał Walter. - Ty skończyłeś dwanaście lat
i nic ci nie grozi. - A jak zmienią prawo? -
Zresztą świadomość, że był teoretycznie bezpieczny, nie przynosiła
mu ulgi. Ciężarówka przyjeżdżała po inne dzieci i nadal napawała go
strachem. Myślał o młodszych dzieciach tam, w Centrum wyglądających
przez druciany płot godzinę za godziną, dzień za dniem, liczących
czas z nadzieją, że ktoś przyjedzie i je zaadoptuje.
- Byłeś tam kiedy? - spytał Pete'a Bride'a. -
W Centrum Powiatowym? Wszystkie te naprawdę małe dzieciaki, prawie
niemowlaki, może roczne. Nie wiedzą nawet, co je czeka.
- Te małe idą do adopcji - powiedział Zack
Yablonski. - To te starsze nie mają szansy i to ich widok jest
trudny do zniesienia. Zagadują ludzi, którzy przychodzą i starają
się pokazać z najlepszej strony, udają, że są miłe. Ale ludzie
wiedzą, że nie oddano by ich tutaj, gdyby nie były... no wiesz, nie
chciane. - Wypuścimy im powietrze z kół -
powiedział Walter, który nie przestawał myśleć.
- W ciężarówce? A wiesz, że jak się wrzuci
kulkę na mole do baku, to po tygodniu silnik wysiada? Moglibyśmy to
zrobić. - Ale wtedy by nas ścigali -
powiedział Ben Blaire. - I tak nas ścigają -
zauważył Walter. - Ja myślę, że powinniśmy
podpalić ciężarówkę - powiedział Harry Gottlieb - ale w środku mogą
być dzieci. Wtedy one też by się spaliły. Ciężarówka zabiera... bo
ja wiem... może pięcioro dzieci z całego powiatu.
- Wiesz, że łapią też psy? - powiedział
Walter. - I koty. Tamtą ciężarówkę widzi się może raz na miesiąc.
Nazywa się to hycel. Poza tym wszystko jest tak samo; wpędzają je do
wielkiej komory, wysysają im powietrze z płuc i one umierają. Robią
to nawet z małymi zwierzętami! - Nie uwierzę,
póki nie zobaczę - powiedział Harry Gottlieb szyderczo. -
Ciężarówka, która łapie psy, też coś!
Walter jednak
wiedział, że to prawda. Widział samochód hycla dwukrotnie. Koty, psy
i głównie my, pomyślał ponuro. Zresztą, jak zaczęli od nas; to tylko
naturalne, że doszli do zabijania zwierząt domowych; różnica między
nami nie jest znów taka wielka. Ale jakim trzeba być człowiekiem,
żeby to robić, nawet jeżeli jest to zgodne z prawem? "Jedne prawa
ustanawia się, żeby je przestrzegać, inne, żeby je łamać"
przypomniał sobie zdanie z książki, którą czytał. Powinniśmy zacząć
od spalenia ciężarówki hycla, pomyślał, to jest najgorsze.
Dlaczego tak się dzieje, rozmyślał, że im
bardziej bezbronna istota, tym łatwiej jest ją niektórym ludziom
załatwić? Jak dzieci w łonie matki, pierwotne skrobanki, usuwanie
płodu czy przedludzi, jak się to dzisiaj nazywa. Jak one się mają
bronić? Kto im pomoże? Tyle żywych istot, po setce dziennie na
każdego doktora... i wszystkie bezbronne, milczące, a zaraz potem
martwe. To świnie, myślał, dlatego to robią. Bo wiedzą, że mogą to
robić, wykorzystują swoją siłę. To dlatego maleństwo, które chciało
się cieszyć życiem, zostaje wyssane w ciągu niespełna dwóch minut. I
doktor przechodzi do następnej kobiety.
Powinna być jakaś organizacja, myślał, podobna
do mafii. Żeby likwidować likwidatorów. Wynajęty człowiek podchodzi
do jednego z tych doktorów, wyjmuje rurę i wsysa do niej doktora,
który kurczy się do rozmiarów płodu. Płód doktora ze stetoskopem
wielkości główki od szpilki... roześmiał się na samą myśl.
Dzieci nie wiedzą? Dzieci wiedzą wszystko,
wiedzą za dużo. Ciężarówka aborcyjna w drodze grała wesołą piosenkę.
Biegnie z górki dwoje dzieci
Od źródełka w parku...
System głośników zbudowany specjalnie przez
Ampex dla General Motors nadawał nieustannie tę melodię, z wyjątkiem
chwil, kiedy ciężarówka zbliżała się do ofiary. Wówczas kierowca
wyłączał głośniki i po cichu szukał właściwego domu. Jednak kiedy
tylko miał nie chciane dziecko w pudle ciężarówki i albo wracał do
Centrum Powiatowego, albo wyruszał po następnego przedczłowieka,
włączał z powrotem: Biegnie
z górki dwoje dzieci Od
źródełka w parku... "Jaś się potknął i już
leci na złamanie karku", dokończył w myśli Oscar Ferris, kierowca
ciężarówki numer trzy. Czy to aby o kark chodzi? zastanawiał się.
Może sobie złamał co innego. Pewnie się tym bawił, sam albo razem z
Małgosią. Źródełko w parku! Dobrze wiem, co tam robili w krzakach.
Tyle że Jaś się potknął i złamał sobie swój interes. - Dobrze ci
tak, Jasiu - powiedział na głos z wprawą prowadząc czteroletnią
ciężarówkę po łagodnych krzywiznach kalifornijskiej Autostrady Numer
Jeden. Dzieciaki to świntuchy, pomyślał, i
lubią świńskie zabawy. Okolica była dzika i
bezludna, w wąwozach i na polach ukrywało się wiele zbiegłych
dzieci, miał więc oczy szeroko otwarte. I słusznie, bo z prawej
strony drogi zmykał jakiś może sześcioletni malec. Ferris
natychmiast wcisnął guzik uruchamiający syrenę ciężarówki. Chłopiec
zamarł przerażony, czekając, aż ciężarówka nadal grając "Biegnie z
górki dwoje dzieci" podjedzie i zatrzyma się obok niego.
- Okaż kartę C - powiedział Ferris nie
wysiadając z ciężarówki; wysunął tylko przez okno rękę, demonstrując
brązowy mundur z naszywką, oznaki jego władzy.
Chłopiec był wychudzony, jak wielu małych
uciekinierów, ale, z drugiej strony, nosił okulary. Potargany, w
dżinsach i podkoszulku, wpatrywał się z przerażeniem w Ferrisa nie
robiąc żadnego ruchu, żeby okazać papiery. -
Masz kartę C czy nie? - spytał Ferris. - C...
co to jest karta C? Ferris urzędowym głosem
poinformował chłopca o przysługujących mu prawach.
- Jedno z twoich rodziców albo twój opiekun
prawny wypełnia formularz 36-W, który stanowi legalne potwierdzenie,
że jesteś dzieckiem chcianym. Że oni, on lub ona chce cię mieć. Nie
masz tego? To z punktu widzenia prawa jesteś pozbawiony opieki,
nawet jeżeli twoi rodzice chcą cię zatrzymać. Podlegają karze
pięciuset dolarów. - Miałem, ale zgubiłem -
powiedział chłopiec. - To kopia będzie w
kartotece. Wszystkie te dokumenty są mikrofilmowane. Zawiozę cię
do... - Do Centrum Powiatowego? - Patykowate
nogi zatrzęsły się ze strachu. - Rodzice mają
trzydzieści dni na wypełnienie formularza 36-W. Jeżeli nie dostarczą
go do tego czasu... - Moja mama i tata zawsze
się kłócą. Teraz jestem z tatą. - I nie dał ci
karty C? - W poprzek kabiny była przymocowana strzelba. Przy
zatrzymywaniu małego zbiega wszystko może się zdarzyć. Odruchowo
Ferris spojrzał na strzelbę. Była na swoim miejscu. Użył jej tylko
pięciokrotnie w całej swojej karierze wykonawcy prawa. Mogła
roznieść człowieka na strzępy. - Muszę cię zabrać - powiedział
otwierając drzwi kabiny i wyjmując z kieszeni kluczyki. - Jest tam
już jeden chłopak, nie będzie wam się nudzić.
- Nie - powiedział malec. - Nie wsiądę. -
Mrugając stał na wprost Ferrisa, uparty i niewzruszony jak kamień.
- Pewnie się nasłuchałeś historii o Centrum
Powiatowym. Tam się usypia tylko kretynów i zboczeńców. Każde miłe,
porządnie wyglądające dziecko zostaje adoptowane. Ostrzyżemy cię i
doprowadzimy do porządku; aż będziesz wyglądał jak ktoś
profesjonalnie zadbany. Chcemy ci znaleźć dom, o to nam tylko
chodzi. Mało jest takich... wiesz... chorych psychicznie albo
fizycznie, których nikt nie chce. Ciebie jakaś zamożna osoba złapie
od razu; przekonasz się. Nie będziesz musiał wałęsać się tutaj bez
opieki rodzicielskiej. Będziesz miał nowych rodziców z kupą forsy,
którzy cię zarejestrują. Rozumiesz? Tam, gdzie cię zawiozę, jest
tylko tymczasowe miejsce zamieszkania, gdzie możesz się spotkać z
przyszłymi nowymi rodzicami. - A jeżeli nikt
mnie nie zaadoptuje w ciągu miesiąca? - Co
tam, tu też możesz spaść z urwiska do oceanu. Nie martw się. Biuro
Centrum skontaktuje się z twoimi naturalnymi rodzicami i
najprawdopodobniej przyjadą po ciebie z formularzem 15 A, może
jeszcze nawet dzisiaj. A ty się przejedziesz i poznasz dużo nowych
kolegów. - Nie - powiedział chłopiec.
- Informuję cię - powiedział Ferris już innym
głosem - że jestem przedstawicielem władz powiatu. - Zeskoczył na
ziemię i pokazał chłopcu lśniącą metalową odznakę. - Jestem Oficer
Pokoju Ferris i rozkazuję ci wsiąść do ciężarówki.
W tej chwili zmęczonym krokiem zbliżył się do
nich wysoki mężczyzna. Podobnie jak chłopiec ubrany był w dżinsy i
podkoszulek, ale nie nosił okularów. - Czy
jest pan ojcem tego chłopca? - spytał Ferris.
- Zabiera go pan do rakarni? - odezwał się
ochrypłym głosem mężczyzna. - My nazywamy to
schroniskiem dla bezdomnych dzieci - odpowiedział Ferris. - Nazwa
"rakarnia" używana jest przez różnych ekstremistów i hipisów i
celowo wypacza obraz naszej pracy. - Ma pan
tam dzieci w klatkach, prawda? - spytał mężczyzna wskazując
ciężarówkę. - Chciałbym zobaczyć pański dowód
- powiedział Ferris. - I dowiedzieć się, czy był pan kiedyś
aresztowany. - Aresztowany i zwolniony czy
aresztowany i skazany? - Proszę odpowiedzieć
na pytanie - Ferris okazał czarną odznakę, którą legitymował się
wobec dorosłych jako Powiatowy Oficer Pokoju. - Kim pan jest? Proszę
okazać dowód. - Nazywam się Ed Gantro -
powiedział mężczyzna - i jestem notowany. Kiedy miałem osiemnaście
lat, ukradłem z zaparkowanej ciężarówki cztery skrzynki coca-coli.
- Czy został pan ujęty na gorącym uczynku?
- Nie, kiedy odnosiłem puste butelki, żeby
dostać kaucję. Wtedy mnie złapali. Odsiedziałem sześć miesięcy.
- Czy ma pan kartę C dla swojego syna?
- Nie mieliśmy dziewięćdziesięciu dolarów,
żeby ją wykupić. - Teraz będzie pan musiał
zapłacić pięćset dolarów. Trzeba było ją wykupić. Teraz radzę
skorzystać z adwokata. - Ferris podszedł do chłopca i oficjalnie
oświadczył: - Chciałbym, żeby dołączył do innych młodych ludzi w
tylnej części pojazdu. Niech mu pan powie, żeby wykonywał moje
polecenia - zwrócił się do mężczyzny. - Tim,
wsiadaj do tej przeklętej ciężarówki - powiedział mężczyzna po
chwili wahania. - Wynajmiemy adwokata, załatwimy ci kartę C. Nie ma
co się stawiać, z prawnego punktu widzenia jesteś bezdomny.
- "Bezdomny" - powtórzył chłopiec patrząc na
ojca. - Dokładnie - powiedział Ferris. - Ma
pan trzydzieści dni na zabranie... - Czy łapie
pan też koty? - spytał chłopiec. - Są tam jakieś koty teraz? Ja
bardzo lubię koty, są fajne. - Ja zajmuję się
tylko przedludźmi. Takimi jak ty - powiedział Ferris otwierając
kluczem tylne drzwi ciężarówki. - Staraj się nie oddawać moczu w
ciężarówce, potem cholernie trudno pozbyć się plam i smrodu.
Chłopiec nie bardzo rozumiał; przenosił wzrok
z ojca na Ferrisa. - Nie załatwiaj się w
ciężarówce - wyjaśnił mu ojciec. - Chcą ją utrzymać w czystości, bo
to obniża koszta własne - dodał z ponurym szyderstwem.
- W przypadku bezdomnych psów i kotów -
powiedział Ferris - strzela się je na miejscu albo wykłada zatrutą
przynętę. - Tak, znam tę truciznę - powiedział
ojciec chłopca. - Zwierzę to zjada i potem powoli umiera na krwotok
wewnętrzny. - Bez bólu - podkreślił Ferris.
- Czy to nie lepsze niż wysysanie im powietrza
z płuc? - powiedział Ed Gantro. - Masowe duszenie?
- No, jeśli chodzi o zwierzęta...
- Mam na myśli dzieci. Takie jak Tim. - Ojciec
stał obok niego i obaj zajrzeli do środka ciężarówki. W mroku można
było dostrzec dwa ciemne kształty skulone w najdalszym kącie w
postawie wyrażającej skrajną rozpacz. -
Fleischhacker! - zawołał Tim. - Przecież ty miałeś kartę C!
- Z powodu braków energii i paliwa - mówił
Ferris - należy drastycznie zmniejszyć liczbę ludności. W przeciwnym
razie za dziesięć lat nie starczy żywności dla nikogo. To jest
pierwsza faza... - Miałem kartę C - powiedział
Earl Fleischhacker - ale starzy mi ją zabrali. Nie chcieli mnie
więcej, więc mi ją zabrali i wezwali ciężarówkę aborcyjną. - Głos mu
drżał, wyraźnie tłumił płacz. - Czym się różni
pięciomiesięczny płód od tego, co mamy tutaj? - mówił Ferris. - W
obu przypadkach mamy do czynienia z nie chcianym dzieckiem. Po
prostu zliberalizowano przepisy. - I pan się
zgadza z tymi prawami? - spytał ojciec Tima patrząc mu w oczy.
- To jest sprawa Waszyngtonu, to oni decydują,
co rozwiąże nasze problemy w tych dniach kryzysu - odpowiedział
Ferris. - Ja tylko egzekwuję uchwały. Gdyby zmieniono to prawo, to
cóż, woziłbym puste opakowania na makulaturę albo coś innego i
byłbym tak samo zadowolony. - Tak samo
zadowolony? Jest pan zadowolony ze swojej pracy?
- Mam okazję jeździć po okolicy i poznawać
nowych ludzi odpowiedział Ferris automatycznie.
- Pan jest nienormalny - powiedział Ed Gantro,
ojciec Tima. - Ten plan poporodowej aborcji wynika z wcześniejszego
prawa do usuwania ciąży, kiedy dziecko nie miało żadnych praw i
mogło być usuwane jak narośl. Niech pan patrzy, do czego doszliśmy.
Jeżeli wolno zabić bez wyroku sądu nie narodzone dziecko, to
dlaczego nie zabijać już narodzonych? To, co łączy oba przypadki, to
całkowita bezbronność ofiar; mordowany organizm nie ma żadnej szansy
ani możliwości obrony. Wie pan co? Niech pan mnie też zabierze.
Razem z trójką dzieci. - Ale prezydent i
Kongres ustanowili, że po ukończeniu dwunastego roku życia człowiek
ma duszę - powiedział Ferris. - Nie mogę pana zabrać. To byłoby
niezgodne z prawem. - Ja nie mam duszy -
powiedział ojciec Tima. - Skończyłem dwanaście lat i nic się nie
stało. Niech mnie pan też zabiera. Chyba że potrafi pan znaleźć moją
duszę. - O rany - jęknął Ferris.
- Jeżeli nie potrafi pan pokazać mi mojej
duszy - powiedział ojciec Tima - jeżeli nie potrafi pan wskazać mi
jej palcem, to domagam się, żeby mnie pan zabrał jako nie różniącego
się od tych dzieci. - Będę musiał porozumieć
się przez radio z Centrum Powiatowym, żeby zobaczyć, co oni na to
powiedzą. - Niech pan to zrobi - powiedział
ojciec Tima i podsadził go a potem sam z trudem wdrapał się na
ciężarówkę, podczas gdy Oficer Pokoju Ferris, po wszystkich
oficjalnych identyfikacjach, rozmawiał przez radio.
- Mam tu mężczyznę,
białego, około trzydziestki, który nalega, żeby go przewieźć do
Centrum Powiatowego razem z jego małym synem - mówił Ferris do
mikrofonu. - Twierdzi, że nie ma duszy; co, według niego,
kwalifikuje go do grupy przedludzi. Nie rozporządzam żadnym sposobem
na wykrycie obecności duszy, w każdym razie nie na tym odludziu;
niczym, co mogłoby później zadowolić sąd. W ogóle wygląda na
osobnika inteligentnego i pewnie potrafi rozwiązywać zadania
algebraiczne. Ale... - Zezwalam na
dostarczenie go - odezwał się w radiu głos jego przełożonego. -
Zajmiemy się nim na miejscu. - Zajmiemy się
panem w mieście - zwrócił się Ferris do ojca Tima, który wraz z
trzema mniejszymi postaciami przykucnął w ciemnym wnętrzu
ciężarówki. Ferris zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz, co było
dodatkowym zabezpieczeniem, gdyż chłopcy byli już unieruchomieni
elektronicznie opuszczanymi przegrodami, i zapuścił silnik.
Biegnie z górki dwoje dzieci
Od źródełka w parku...
Ktoś tu sobie coś złamie, myślał Ferris jadąc
krętą drogą, i to nie będę ja.
Usłyszał, jak ojciec
Tima rozmawia z chłopcami. - Nie znam algebry,
nie mogę więc mieć duszy. - Ja znam -
powiedział mały Fleischhacker pociągając nosem - ale mam dopiero
dziewięć lat i to się nie liczy. - To właśnie
chcę wykorzystać, kiedy będę przedstawiać swoją sprawę w Centrum.
Już nawet dzielenie z ułamkami szło mi z trudem. Nie mam duszy.
Jestem taki sam jak wy trzej. - Tylko nie
naświńcie mi w ciężarówce - krzyknął Ferris. - Rozumiecie? To nas
kosztuje... - Nie tłumacz mi - odpowiedział
ojciec Tima - bo i tak nie zrozumiem. To dla mnie zbyt
skomplikowane, wszystkie te pro rata i inne terminy fiskalne i
monetarystyczne. Wiozę wariata, pomyślał
Ferris i poczuł zadowolenie, że ma w zasięgu ręki strzelbę. -
Wiecie, że na świecie brakuje wszystkiego - krzyknął za siebie -
energii, soku jabłkowego, paliw i chleba; musimy zmniejszyć liczbę
ludności, a patogenne skutki pigułki... - My
nie znamy takich trudnych słów - przerwał mu ojciec Tima.
- Zerowy przyrost ludności - powiedział Ferris
zły i zbity z tropu - to jest jedyna odpowiedź na kryzys żywnościowy
i energetyczny. To jest, w mordę, to jest jak z tymi królikami,
sprowadzonymi do Australii, które nie miały naturalnych wrogów i
mnożyły się, dopóki ... - Mnożyć umiem -
powiedział ojciec Tima. - I dodawać, i odejmować. Ale to wszystko.
Cztery zwariowane króliki skaczące po szosie,
pomyślał Ferris. Ludzie zaśmiecają środowisko naturalne, myślał.
Ciekawe, jak wyglądały te okolice, zanim pojawił się tu człowiek?
Cóż, dzięki planowi poporodowego usuwania ciąży realizowanemu we
wszystkich powiatach USA może się jeszcze o tym przekonamy. Może
znów zobaczymy przed sobą dziewiczy kraj. Jacy
my, pomyślał. Pewnie nie będzie żadnych nas. Jakieś gigantyczne
myślące komputery będą obserwować wideo receptorami krajobraz i
stwierdzą, że im się podoba. Ta myśl poprawiła
mu humor.
- Zróbmy sobie
skrobankę! - zaproponowała z ożywieniem Cynthia wchodząc do domu
obładowana syntetyczną żywnością. - Czy to nie byłoby miłe? Czy to
cię nie podnieca? - Najpierw musisz zajść w
ciążę - zauważył ironicznie jej mąż, Ian Best. - Zamów wizytę u
doktora Guido, to mnie będzie kosztować najwyżej pięćdziesiąt czy
sześćdziesiąt dolarów, i każ sobie usunąć sprężynkę.
- Zdaje się, że sama mi się wyślizgnęła. Może,
gdyby... - radośnie potrząsnęła ładną ciemnowłosą główką. -
Prawdopodobnie nie działa jak należy od roku. Może więc już jestem w
ciąży. - Możesz dać ogłoszenie w Wolnej
Gazecie: "Potrzebny od zaraz ktoś, kto wyciągnie domaciczny środek
antykoncepcyjny" - kwaśno skomentował jej mąż.
- Ale skrobanki są teraz takie modne - mówiła
Cynthia do męża, który szedł do głównej szafy odwiesić swój
prestiżowy krawat. i klasową marynarkę. - Spójrz, co my mamy? Mamy
dziecko. Waltera. Ilekroć ktoś przychodzi z wizytą i widzi go, wiem,
że się zastanawia "Jak to się stało?" To bardzo żenujące. Te
skrobanki, jakie robią teraz kobietom we wczesnym okresie, kosztują
sto dolarów... cena dziesięciu galonów benzyny! A ma się temat do
rozmowy z każdym, kto wpadnie. Ian odwrócił
się do niej. - Czy można zabrać sobie płód? -
spytał spokojnym głosem. - Przynieść do domu w słoju albo pokryty
specjalną luminescencyjną farbą, żeby świecił w nocy?
- W dowolnym kolorze! -
Embrion? - Nie, słój. Można też wybrać kolor
płynu. To jest roztwór konserwujący, więc praktycznie jest to
wydatek na całe życie. Chyba dają nawet pisemną gwarancję.
Ian założył ręce na piersi, żeby zachować
spokój: stan alfa. - Czy zdajesz sobie sprawę,
że są ludzie, którzy chcą mieć dzieci? Nawet zwykłe, przeciętne
dzieci? Ludzie, którzy co tydzień jeżdżą do Centrum Powiatowego w
poszukiwaniu niemowląt? Te pomysły... cała panika światowa na temat
przeludnienia. Dziewięć bilionów istot ludzkich, stłoczonych jedne
na drugich we wszystkich miastach kuli ziemskiej. Może gdyby to tak
szło dalej... - wzruszył ramionami. - Tymczasem jednak mamy za mało
dzieci. Co to, nie oglądasz telewizji i nie czytasz "Timesa"?
- Ale to taki kłopot - powiedziała Cynthia. -
Dzisiaj, na przykład, Walter przyszedł do domu załamany, bo w
okolicy krążyła ciężarówka aborcyjna. Zajmowanie się nim jest
strasznie uciążliwe. Tobie dobrze, bo ty jesteś w pracy, ale ja...
- Wiesz, co ja bym zrobił z tą gestapowską
ciężarówką śmierci? Wziąłbym dwóch kumpli z wojska z karabinami
maszynowymi i ustawił ich z dwóch stron drogi. I kiedy to pudło by
podjechało... - To nie jest żadne pudło, tylko
klimatyzowana ciężarówka. Obrzucił ją
wściekłym spojrzeniem i poszedł do baru w kuchni, żeby zrobić sobie
drinka. Szkocka będzie dobra, pomyślał. Szkocka z mlekiem, dobry
przedobiedni drink. Kiedy sobie przygotowywał
napój, wszedł jego syn Walter. Był nienaturalnie blady.
- Przejeżdżała dziś ciężarówka aborcyjna, co?
- spytał Ian. - Myślałem, że może...
- Nigdy w życiu. Nawet gdybyśmy z twoją matką
poszli do adwokata i podpisali dokument, formularz NC, to i tak
jesteś za duży. Możesz być spokojny. - Niby
wiem - powiedział Walter - a jednak... - Nie
dopytuj się, komu bije dzwon; on zawsze bije tobie - zacytował
(niedokładnie) Ian. - Posłuchaj Walt, coś ci powiem. - Pociągnął
długi łyk szkockiej z mlekiem. - Istotą tego wszystkiego jest
morderstwo. Zabić ich, kiedy są rozmiarów paznokcia albo piłki
tenisowej, a jak nie, to później wyssać powietrze z płuc
dziesięcioletniego chłopca i uśmiercić go. Propaguje to pewien typ
kobiet. Kiedyś nazywano je "kobietami kastrującymi". Może wtedy była
to odpowiednia nazwa, ale tym kobietom, tym zatwardziałym
rzeźniczkom, chodzi o całego chłopca albo mężczyznę, a nie tylko o
tę jego część, która decyduje o jego męskości, one chcą zabić
wszystkich mężczyzn, rozumiesz? - Nie -
odpowiedział Walter, ale w pewien niejasny i przerażający sposób
rozumiał. Ian pociągnął następny łyk.
- A jedna z nich mieszka tutaj - mówił dalej.
- Pod jednym dachem z nami. - Kto mieszka z
nami? - Ktoś, kogo szwajcarscy psychiatrzy
nazywają Kindermörder. - Ian specjalnie użył słowa, którego jego
chłopiec nie mógł znać. - Wiesz co? - powiedział. - Ty i ja
moglibyśmy wsiąść do pociągu i jechać na północ, aż byśmy dojechali
do Vancouver w Kanadzie, a tam moglibyśmy popłynąć promem na wyspę
Vancouver i tyle by nas widziano: - A co z
mamą? - Wysyłałbym jej co miesiąc pieniądze i
to by ją urządzało. - Tam jest zimno, prawda?
- spytał Walter. - Brakuje im paliwa i noszą...
- Mniej więcej jak w San Francisco. Bo co?
Przeraża cię noszenie kilku swetrów i siedzenie przy kominku? Czy
to, co widziałeś dzisiaj, nie było gorsze? -
Było - ponuro kiwnął głową Walter. -
Moglibyśmy mieszkać na jakiejś wysepce koło Vancouver i uprawiać
kawałek ziemi. Można tam sadzić różne rośliny i one rosną.
Ciężarówka tam nie dojedzie; nie zobaczysz jej już nigdy więcej. W
Kanadzie mają inne prawa. I kobiety tam są inne. Znałem kiedyś
dziewczynę stamtąd, dawno temu. Miała długie czarne włosy, bez
przerwy paliła playersy, nigdy nic nie jadła i nie przestawała
mówić. A tutaj żyjemy w cywilizacji, w której dążenie kobiet do
mordowania własnych... - Ian przerwał, bo do kuchni weszła jego
żona. - Nie pij więcej tego świństwa -
powiedziała - bo się porzygasz. - Okay -
zawołał Ian ze złością. - Okay! - I nie podnoś
głosu - powiedziała Cynthia. - Pomyślałam, że moglibyśmy dziś zjeść
obiad na mieście. W telewizji mówili, że u Dal Reya pierwsi goście
dostają stek. - Mają tam surowe ostrygi -
powiedział krzywiąc się Walter. - "Błękitne
kropki" - uściśliła Cynthia. - W muszlach, na lodzie. Przepadam za
nimi. No jak, Ian? Idziemy? - Surowa ostryga -
powiedział Ian do syna - najbardziej na świecie przypomina to, co
ginekolog... - Umilkł. Cynthia patrzyła na niego wściekłym wzrokiem,
syn nic nie rozumiał. - Zgoda - powiedział - ale ja zamówię stek.
- Ja też - dodał Walter.
Skończywszy drinka Ian spokojnym głosem
spytał: - Kiedy to ostatni raz przygotowałaś
obiad w domu? Dla nas trojga? - W piątek
zrobiłam wam wieprzowe uszy i risotto. Większość tego poszła na
śmietnik, bo było to coś nowego, z nieobowiązkowej listy. Pamiętasz,
mój drogi? - Oczywiście ten typ kobiety można
czasem, a nawet często, spotkać również tam - mówił Ian do syna, nie
zwracając uwagi na żonę. - Istniał on we wszystkich czasach i
kulturach. Ale że w Kanadzie nie zezwala się na aborcje
poporodowe... - Urwał. - To mleko przeze mnie przemawia - wyjaśnił
żonie. - Dodają do niego teraz siarki. Nie zwracaj uwagi albo podaj
kogoś do sądu; wybór należy do ciebie. - Czy
znów snujesz fantazje, że mnie porzucisz? - Cynthia przyjrzała mu
się uważnie. - Ja też - wtrącił Walter. - Tato
zabiera mnie ze sobą. - Dokąd? - spytała
Cynthia niewinnie. - Dokąd nas szyny poniosą -
powiedział Ian. - Jedziemy na wyspę Vancouver
w Kanadzie - dodał Walter. - Ach tak? -
powiedziała Cynthia. - Tak - odezwał się Ian
po chwili. - A co, do cholery, ja mam tu
robić, jak wy wyjedziecie? Iść pod latarnię? Z czego będę spłacać
raty za różne... - Będę ci co miesiąc wysyłać
czeki - powiedział Ian. - Potwierdzone przez poważne banki.
- No pewnie. Jasne. Nie inaczej.
- Mogłabyś pojechać z nami - powiedział Ian. I
łapać ryby wskakując do Zatoki Angielskiej i miażdżąc je na śmierć
swoimi ostrymi zębami. Mogłabyś w ciągu jednej nocy wytępić
wszystkie ryby w Kolumbii Brytyjskiej. Tysiące zmiażdżonych ryb,
które nie rozumieją, co się stało... przed chwilą płynęły sobie
spokojnie, a tu nagle ten potwór, ten straszliwy rybobójca z jednym
świecącym okiem pośrodku czoła, rzuca się na nie i miażdży je na
miazgę. Wkrótce zrodzi się legenda. Takie wieści szybko się szerzą.
Wśród ostatnich ryb, które przeżyją. - Tak,
ale, tato, co będzie, jak żadna nie przeżyje?
- W takim razie wszystko będzie na próżno,
poza osobistą satysfakcją twojej matki, że zagryzła na śmierć cały
gatunek istot w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie rybołówstwo jest
najważniejszym przemysłem i zapewnia przeżycie innym gatunkom.
- Ale wtedy wszyscy mieszkańcy Kolumbii
Brytyjskiej stracą pracę - zauważył Walter. -
Wcale nie - powiedział Ian. - Będą upychać te nieżywe ryby w puszki
i sprzedawać je Amerykanom. Widzisz, Walterze, w dawnych czasach,
zanim twoja matka wielozębnie zagryzła na śmierć wszystkie ryby w
Kolumbii Brytyjskiej, prości wieśniacy stali nad brzegiem z kijem w
ręku i, kiedy ryba przepływała, walili ją w łeb. Nie. Bezrobocia nie
będzie, to stworzy nowe miejsca pracy. Miliony puszek odpowiednio
oznakowanych... - Pamiętaj - wtrąciła szybko
Cynthia - że on wierzy we wszystko, co ty wygadujesz.
- To, co mówię, to prawda - powiedział Ian. -
Choć może nie w sensie dosłownym. Zabieram was na obiad - zwrócił
się do żony. - Weź kartki żywnościowe i załóż tę niebieską bluzkę,
przez którą ci widać cycki. W ten sposób zwrócisz na siebie uwagę i
może zapomną wyciąć nam kupony. - Co to są
"cycki"? - spytał Walter. - Coś, co szybko
wychodzi z użycia - powiedział Ian - jak pontiac GTO. Służą
wyłącznie jako ozdoba do podziwiania i macania. Ich funkcja zamiera.
- Tak jest w naszej rasie, pomyślał, odkąd pozwoliliśmy się rządzić
tym, którzy zabijają nie narodzonych, innymi słowy najbardziej
bezbronne istoty na świecie. - Cycki -
powiedziała surowo Cynthia - to gruczoły mleczne, które mają panie i
które wytwarzają mleko dla ich małych. -
Zwykle mają dwa - powiedział Ian. - Cycek operacyjny i cycek
awaryjny, na wypadek, gdyby w pierwszym zabrakło płynu. Proponuję
eliminację jednego etapu w tej całej manii likwidacji przedludzi.
Wyślemy wszystkie cycki świata do Centrów Powiatowych. Tam mleko
zostanie z nich wyssane, rzecz jasna, mechanicznie, cycki staną się
bezużyteczne i puste, i wtedy młode wymrą w sposób naturalny, przez
pozbawienie pokarmu. - Jest mleko w proszku -
powiedziała Cynthia z zabójczą ironią. - Similac i różne inne.
Przebiorę się przed wyjściem - powiedziała i skierowała się do
sypialni. - Wiesz - rzucił Ian w ślad za nią -
gdybyś tylko mogła doprowadzić do uznania mnie za przedczłowieka,
tobyś mnie tam wysłała z największą chęcią. - I założę się, dodał w
myśli, że nie byłbym jedynym mężem w Kalifornii, którego by tam
wysłano. Byłoby wielu innych. W tej samej sytuacji co ja, wtedy i
teraz. - Ciekawy projekt - dobiegł go
stłumiony glos Cynthii; usłyszała go. - To nie
jest tylko nienawiść do bezbronnych - mówił Ian Best. - Chodzi o coś
więcej. Nienawiść do czego? Do wszystkiego, co rośnie? - Uśmiercacie
je, myślał, zanim są dość duże, żeby mieć mięśnie, umiejętność i
taktykę walki; tak duże, jak ja w porównaniu z tobą, z moją
rozwiniętą muskulaturą i wagą. Jest o wiele łatwiej, kiedy ten drugi
człowiek, powinienem był powiedzieć przedczłowiek, śni pływając w
wodach płodowych i nawet nie wie, że musi się bronić.
Gdzie się podziały macierzyńskie cnoty?
zadawał sobie pytanie. Czas, kiedy matki szczególnie broniły
wszystkiego, co małe, słabe i bezbronne? Winne
jest nasze współzawodniczące społeczeństwo, uznał. Przetrwanie
najsilniejszych. Nie najlepiej przystosowanych, tylko tych, którzy
mają wiedzę. I nie chcą jej przekazać następnemu pokoleniu. Źli i
potężni starzy przeciwko bezsilnym i łagodnym nowym.
- Tato - spytał Walter - czy naprawdę
pojedziemy na wyspę Vancouver w Kanadzie, będziemy jeść naturalną
żywność i nie będziemy się musieli niczego bać?
- Jak tylko będę miał pieniądze - powiedział
Ian bardziej do siebie niż do syna. - Wiem, co
to znaczy. To samo, co twoje "zobaczymy". Nigdzie nie pojedziemy,
prawda? - Wpatrywał się z napięciem w twarz ojca. - Ona nam nie
pozwoli, jak nie pozwala zabrać mnie ze szkoły i na inne rzeczy. Ona
zawsze stawia na swoim. - Któregoś dnia to
zrobimy - powiedział Ian z determinacją. - Może nie w tym miesiącu,
ale kiedyś na pewno. Obiecuję. - I nie ma tam
ciężarówek aborcyjnych? - Nie, w Kanadzie
obowiązują inne prawa. - To pośpieszmy się,
tato. Proszę cię. Jego ojciec zamieszał sobie
drugą szklankę szkockiej z mlekiem i nie odpowiedział: minę miał
ponurą i nieszczęśliwą, jakby się miał zaraz rozpłakać.
W skrzyni ciężarówki
aborcyjnej kuliła się trójka dzieci i jeden dorosły. Wstrząsani na
zakrętach, powstrzymywani byli siatką drucianą, która uniemożliwiała
im kontakt fizyczny, i ojciec Tima Gantro boleśnie odczuwał tę
przymusową separację od syna. Koszmar w biały dzień, myślał. W
klatce jak zwierzęta; jego szlachetny gest naraził go tylko na
dalsze cierpienia. - Dlaczego powiedziałeś, że
nie znasz algebry? - spytał Tim. - Wiem, że znasz nawet wyższą
matematykę, chodziłeś do Stanford. - Chcę
wykazać, że powinni albo zabić nas wszystkich, albo nie zabijać
nikogo. A nie dzielić nas według jakichś arbitralnych,
biurokratycznych kategorii. "Kiedy dusza wstępuje w ciało?" Co to za
pytanie w naszych czasach? Toż to średniowiecze! - W gruncie rzeczy,
myślał, to tylko pretekst, pretekst do żerowania na bezbronnych. A
on nie był bezbronny. Ciężarówka aborcyjna wiozła dorosłego
człowieka z całą jego wiedzą, z całą jego przebiegłością. Jak oni
sobie ze mną poradzą? Wyraźnie mam wszystko to, co inni ludzie.
Jeżeli oni mają duszę, to ja też mam duszę. Jeżeli nie, to i ja nie
mam, ale na jakiej realnej podstawie mogliby mnie "uśpić"? Nie
jestem mały i słaby, nie jestem nieświadomym, bezbronnym dzieckiem.
Ja mogę podjąć spór z najlepszymi prawnikami, z samym prokuratorem
okręgowym, jeżeli będzie trzeba. Jeżeli
zlikwidują mnie, myślał, to będą musieli zlikwidować wszystkich,
włącznie z sobą. To jest oszukańcza gra, za pomocą której ci na
górze, którzy zajmują wszystkie ekonomiczne i polityczne pozycje,
bronią się przed młodszymi, mordując ich, jeżeli trzeba. W tym
kraju, myślał, pełno jest nienawiści, nienawiści starych do kraju,
starych do młodych, nienawiści i strachu. Cóż więc ze mną zrobią?
Należę do ich grupy wiekowej, a zostałem uwięziony w ciężarówce
aborcyjnej. Ja stanowię dla nich inny rodzaj zagrożenia; jestem
jednym z nich, ale stoję po drugiej stronie, razem z bezdomnymi
kotami i psami, dziećmi i niemowlętami. Niech się nad tym głowią,
niech się pojawi nowy Tomasz z Akwinu, który to potrafi rozwikłać.
- Ja umiem tylko dzielić, mnożyć i odejmować -
powiedział na głos. - Z ułamkami mam już kłopoty.
- Ale kiedyś to umiałeś? - powiedział Tim.
- To śmieszne, jak człowiek zapomina takie
rzeczy po szkole. Wy, dzieciaki, pewnie jesteście w tym lepsi ode
mnie. - Tato, czy oni cię zlikwidują? - spytał
jego syn Tim ze strachem. - Ciebie nikt nie zaadoptuje. Nie w twoim
wieku. Jesteś za stary. - Spróbujemy -
powiedział Ed Gantro. - Weźmy dwumian. Jak to szło? Wyleciało mi z
głowy: coś tam a i b. - Ulotniło mi się z głowy wraz z nieśmiertelną
duszą... roześmiał się sam do siebie. Nie zdam testu na duszę. W
każdym razie, jeżeli będę mówić tak, jak teraz. Jestem jak pies w
rynsztoku, jak zwierzę w rowie. Cały błąd
zwolenników usuwania ciąży, myślał, od początku polegał na tym, że
arbitralnie ustalili granicę. Do embriona nie stosują się prawa
Amerykańskiej Konstytucji i może być legalnie zabity przez lekarza.
Ale starszy płód był "osobą ludzką" i miał prawa, przynajmniej przez
jakiś czas. A potem zwolennicy aborcji zadecydowali, że nawet
siedmiomiesięczny płód nie jest "człowiekiem" i może być zabity
przez dyplomowanego lekarza. A potem nowo narodzone dziecko... to
właściwie jarzyna, nie potrafi skoncentrować wzroku, nic nie
rozumie, nie mówi - argumentowało proaborcyjne lobby w sądzie i
wygrało dzięki tezie, że noworodek jest tylko płodem na skutek
przypadkowego procesu usuniętym z organizmu. Ale, nawet wtedy, gdzie
należało przeprowadzić ostateczną granicę? Kiedy dziecko po raz
pierwszy się uśmiechnie? Kiedy wypowie pierwsze słowo, czy kiedy po
raz pierwszy sięgnie po upatrzoną zabawkę? Legalna granica była
bezlitośnie odpychana coraz dalej i dalej. I wreszcie teraz
najbardziej okrutna i arbitralna definicja: zdolność do
rozwiązywania zadań algebraicznych. W ten
sposób starożytni Grecy z czasów Platona nie byli ludźmi, gdyż nie
znali algebry, tylko geometrię. Algebra była znacznie późniejszym
wynalazkiem arabskim. Arbitralność, i to nie teologiczna, tylko
prawna. Kościół od dawna, właściwie od samego początku, twierdził,
że nawet zygota i późniejszy embrion to są równie święte formy
życia, jak wszystkie inne na ziemi. Kościół wiedział, co wyniknie z
arbitralnych ustaleń, kiedy "dusza wstępuje w ciało", albo w
nowoczesnej terminologii, kiedy "osoba zyskuje pełnię praw
ludzkich". Nie było teraz nic smutniejszego niż widok małego dziecka
bawiącego się dzielnie na podwórku, usiłującego żyć z nadzieją i
poczuciem bezpieczeństwa, którego nie ma. Cóż,
pomyślał, zobaczymy, co ze mną zrobią. Mam trzydzieści pięć lat i
magisterium z Uniwersytetu Stanforda. Czy wsadzą mnie na trzydzieści
dni do klatki z plastykową miską na jedzenie, źródłem wody i nie
osłoniętym miejscem do załatwiania się? A jak nikt mnie nie
zaadoptuje, to czy poślą mnie na automatyczną śmierć razem z innymi?
Dużo ryzykuję, myślał. Ale dziś złapali mojego
syna i ryzyko zaczęło się od tego, nie od chwili, kiedy wystąpiłem i
sam zgłosiłem się na ofiarę. Spojrzał na
trzech przestraszonych chłopców i spróbował wymyślić coś, co mógłby
im powiedzieć, nie tylko synowi, ale wszystkim trzem.
- Posłuchajcie - powiedział cytując - "Zdradzę
wam świętą tajemnicę. Śmierć to nie jest sen" ... - Tu zapomniał
dalszy ciąg. - "Zbudzimy się - powiedział improwizując - w jednym
błysku. W mgnieniu oka". - Spokój tam - huknął
kierowca ciężarówki przez zakratowane okienko. - Nie mogę się skupić
na tej pieprzonej drodze. Wiedzcie - dodał - że mogę wam tam puścić
gaz i wszyscy stracicie przytomność. To środek na rozrabiających
przedludzi. Więc jak, zamkniecie się, czy mam nacisnąć guzik?
- Nie będziemy więcej rozmawiać - powiedział
Tim, posyłając ojcu przerażone spojrzenie niemej prośby. Błagając go
milcząco, żeby się podporządkował. Jego ojciec
zmilczał. Nie mógł znieść tego spojrzenia i skapitulował. Tak czy
inaczej, rozumował, to, co dzieje się w ciężarówce, nie jest
istotne. Ważne zacznie się w Centrum Powiatowym - dokąd na pierwszy
sygnał czegoś niezwykłego zjadą się reporterzy gazet i telewizji.
Jechali więc w milczeniu, każdy ze swoim
własnym strachem, ze swoimi myślami. Ed Gantro pogrążył się w
zadumie, doskonaląc w myślach plan działania. To, co musi zrobić.
Nie tylko dla Tima, ale dla wszystkich kandydatów do poporodowej
aborcji. Obmyślał różne warianty, podczas gdy ciężarówka podskakując
i grzechocąc jechała przed siebie. Skoro tylko
ciężarówka zaparkowała na zamkniętym parkingu Centrum Powiatowego i
otwarto jej tylne drzwi, Sam B. Carpenter, który kierował całą tą
piekielną operacją, podszedł i zajrzał do środka.
- Masz tam dorosłego człowieka, Ferris -
powiedział. - Czy zdajesz sobie sprawę, co zrobiłeś? Przywlokłeś tu
rozrabiacza. - Ale on twierdził, że nie zna
matematyki poza dodawaniem i odejmowaniem - powiedział Ferris.
- Proszę mi dać swój portfel - zwrócił się
Carpenter do Eda Gantro. - Chcę znać pańskie prawdziwe nazwisko,
numer ubezpieczenia, numer okręgu policji, w którym pan stale
zamieszkuje, dalej, chcę wiedzieć, kim pan naprawdę jest.
- To tylko jakiś wieśniak - wtrącił Ferris,
patrząc, jak Gantro oddaje swój wymięty portfel.
- I chcę też sprawdzić odciski jego stóp -
dodał Carpenter. - Pełny zestaw. Natychmiast. Priorytet A. - Lubił
mówić w tym stylu. Po godzinie otrzymał dane z
dżungli połączonych policyjnych komputerów z pseudopastoralnej,
niedostępnej enklawy w Virginii. - Ten facet
jest absolwentem Uniwersytetu Stanforda, magistrem matematyki. Potem
zrobił magisterium z psychologii, co, niewątpliwie, wykorzystuje
teraz na nas. Musimy się go stąd pozbyć. -
Miałem kiedyś duszę - powiedział Gantro - ale ją straciłem.
- W jaki sposób? - spytał Carpenter, nie
widząc nic na ten temat w kartotece Gantro. -
Zator. Część kory mózgowej, w której mieściła się moja dusza, uległa
zniszczeniu, kiedy przez nieostrożność nałykałem się oparów środka
owadobójczego. Dlatego mieszkałem z moim tu obecnym synem na
odludziu, odżywiając się korzonkami i pędrakami.
- Zrobimy panu encefalogram - powiedział
Carpenter. - Co to jest? - spytał Gantro. -
Jakiś test mózgowy? - Prawo ustala, że dusza
wstępuje w wieku dwunastu lat - zwrócił się Carpenter do Ferrisa - a
ty przywozisz mi tutaj tego dorosłego osobnika płci męskiej, dobrze
po trzydziestce. Możemy zostać oskarżeni o morderstwo. Musimy się go
pozbyć. Odwieź go dokładnie tam, skąd go zabrałeś i wysadź go tam.
Jeżeli nie zechce dobrowolnie wysiąść, daj mu gazu, aż się sfajda i
wyrzuć go. To jest kwestia bezpieczeństwa narodowego. Od tego zależy
twoja praca i twoja pozycja w świetle kodeksu karnego tego stanu.
- Moje miejsce jest tutaj - upierał się Ed
Gantro. - Jestem tępakiem. - Zabierz też jego
dzieciaka - powiedział Carpenter. - To pewnie jakiś matematycznie
uzdolniony mutant, jakich pokazują w telewizji. Oni cię
podpuszczają; pewnie już zdążyli zawiadomić dziennikarzy. Zabierz
ich wszystkich z powrotem, zagazuj ich i wyrzuć tam, gdzie ich
złapałeś, a jak nie, to gdzie indziej, byle dalej.
- Nie wpadaj w panikę - powiedział z gniewem
Ferris. - Zróbmy temu Gantro encefalogram i USG, i może będziemy
musieli go wypuścić, ale tych trzech przedludzi...
- Wszystko geniusze - powiedział Carpenter. -
To część pułapki, tylko ty jesteś za głupi, żeby wiedzieć. Wyrzuć
ich z ciężarówki poza nasz teren. I zaprzeczaj, że ich kiedykolwiek
widziałeś na oczy. Trzymaj się tej wersji. - Z
samochodu! - rozkazał Ferris, naciskając guzik unoszący przegrody z
siatki drucianej. Trzej chłopcy wysypali się
na zewnątrz, ale Ed Gantro pozostał w środku.
- Nie chce wyjść dobrowolnie - powiedział
Carpenter. - W porządku, Gantro, usuniemy pana siłą. - Skinął na
Ferrisa i obaj weszli do ciężarówki. W chwilę później Ed Gantro
znalazł się na asfalcie parkingu. - Teraz jest
pan normalnym obywatelem - powiedział Carpenter z ulgą. - Może pan
twierdzić, co pan chce, ale nie ma pan żadnego dowodu.
- Tato - powiedział Tim - jak się dostaniemy
do domu? - Wszyscy trzej chłopcy stłoczyli się wokół Eda Gantro.
- Można by po kogoś stamtąd zadzwonić -
powiedział mały Fleischhacker. - Założę się, że jeżeli ojciec
Waltera Besta ma paliwo, to po nas przyjedzie. On dużo jeździ, ma
specjalne kartki. - On i jego żona stale się
kłócą - zauważył Tim. - Dlatego on lubi jeździć sam nocami; to
znaczy bez niej. - Ja tu zostaję - powiedział
Ed Gantro. - Chcę do klatki. - Tato, możemy
odejść - zaprotestował Tim szarpiąc ojca za rękaw. - Przecież o to
chodziło. Jak cię zobaczyli, to pozwolili nam odejść. Udało się!
- Domagam się, żeby mnie zamknięto razem z
przedludźmi, których tam macie - zwrócił się Ed Gantro do Carpentera
wskazując na imponujący, pomalowany na wesoły zielony kolor budynek
Centrum Powiatowego. - Niech pan zatelefonuje
do pana Besta - powiedział Tim. - On mieszka koło nas na półwyspie.
Numer kierunkowy 669. Niech mu pan powie, żeby po nas przyjechał i
on przyjedzie. Zapewniam pana. Bardzo proszę.
Carpenter poszedł do środka, do jednego z
urzędowych telefonów Centrum i odszukał numer. Ian Best. Wybrał
numer. - Dodzwonił się pan pod częściowo
nieczynny numer - odezwał się męski głos, niewątpliwie podpity. W
tle Carpenter słyszał napastliwy jazgot wściekłej kobiety
dopiekającej Ianowi Bestowi. - Panie Best -
zaczął Carpenter - kilka znanych panu osób znalazło się tutaj, na
rogu Czwartej i A w Verde Gabriel. Ed Gantro i jego syn Tim,
chłopiec nazwiskiem Ronald albo Donald Fleischhacker i jeszcze jeden
nie zidentyfikowany chłopiec. Mały Gantro twierdził, że pan chętnie
przyjedzie tu po nich i zabierze ich do domu.
- Róg Czwartej i A - Ian Best milczał przez
chwilę. - Czy to rakarnia? - Centrum Powiatowe
- poprawił Carpenter. - Ty sukinsynu -
powiedział Best. - Jasne, że po nich przyjadę, będę za dwadzieścia
minut. Macie tam Eda Gantro jako przedczłowieka? Czy wiecie, że on
jest absolwentem Uniwersytetu Stanforda? -
Jesteśmy tego świadomi - powiedział Carpenter bez cienia emocji. -
Oni nie są zatrzymani; znaleźli się tu przypadkiem. Nie są,
powtarzam, zatrzymani. - Reporterzy ze
wszystkich środków przekazu będą tam przede mną - powiedział Ian
Best zupełnie trzeźwym głosem. Trzask. Odłożył słuchawkę.
Wyszedłszy na zewnątrz Carpenter zwrócił się
do Tima: - Widzę, że wrobiłeś mnie w
zawiadomienie jakiegoś zaciekłego aktywisty antyaborcyjnego.
Sprytne, bardzo sprytne. Minęło kilka chwil i
do bramy Centrum podjechała jaskrawoczerwona mazda. Wysiadł z niej
wysoki mężczyzna z jasną brodą, który z kamerą i mikrofonem
swobodnym krokiem podszedł do Carpentera. -
Podobno macie tu w Centrum magistra matematyki ze Stanforda - spytał
neutralnym, pogodnym tonem. - Czy mogę przeprowadzić z nim wywiad?
- Nie ma u nas takiej osoby - powiedział
Carpenter. - Może pan sprawdzić w naszej księdze zatrzymań.
Ale reporter patrzył już na trójkę chłopców
skupionych wokół Eda Gantro. - Czy pan Gantro?
- zawołał głośno reporter. - Tak jest -
odpowiedział Ed Gantro. O Jezu, pomyślał
Carpenter. Zamknęliśmy go w jednym z naszych urzędowych pojazdów i
przywieźliśmy go tutaj. Sprawa trafi do wszystkich gazet. Już na
parking wtaczała się błękitna furgonetka ze znakami stacji
telewizyjnej. A za nią dwa dalsze samochody.
Centrum Aborcji likwiduje magistra matematyki
- zabłysło w umyśle Carpentera. Albo - Powiatowe Centrum Aborcyjne
podejmuje bezprawną próbę... I tak dalej.
Wywiady w dzienniku wieczornym. Gantro, a potem, jak przyjedzie, Ian
Best, który pewnie jest prawnikiem, w otoczeniu magnetofonów,
mikrofonów i kamer wideo. Zasraliśmy sprawę,
pomyślał. Paskudnie zasraliśmy. Szefowie w Sacramento cofną nam
nominację, poślą nas z powrotem do łapania bezdomnych psów i kotów.
Klops. Kiedy Ian Best przyjechał swoim
mercedesem na węgiel, był wciąż jeszcze lekko zamroczony.
- Czy ma pan coś przeciw temu, żebyśmy wrócili
nieco dłuższą, ale za to bardziej malowniczą trasą? - zwrócił się do
Eda Gantro. - Którędy? - spytał Ed. Chciał już
stąd odjechać. Mała fala dziennikarzy przepytała go i odpłynęła.
Powiedział to, co miał do powiedzenia, a teraz czuł pustkę i chciał
do domu. - Przez wyspę Vancouver w Kolumbii
Brytyjskiej - powiedział Ian Best. Ed Gantro
uśmiechnął się. - Te dzieciaki powinny pójść
prosto do łóżek. Mój chłopak i tych dwóch. Do licha, przecież oni
nie jedli kolacji. - Zatrzymamy się przy budce
McDonalda - powiedział Ian Best. - A potem możemy ruszyć do Kanady,
gdzie są ryby i dużo gór, na których wciąż jeszcze leży śnieg, nawet
o tej porze roku. - Jasne - powiedział Gantro
ze śmiechem. - Możemy tam pojechać. - Chce
pan? - Ian Best przyjrzał mu się uważnie. - Naprawdę pan chce?
- Załatwię kilka spraw, a potem, dlaczego nie,
możemy razem pojechać. - Niech to szlag -
jęknął Best. - Pan mówi poważnie. - Tak. To
prawda. Oczywiście, muszę uzyskać zgodę żony. Nie można jechać do
Kanady bez pisemnego stwierdzenia żony, że ona nie przyjedzie.
Zostaje się wtedy legalnym imigrantem. - To ja
też muszę dostać pozwolenie od Cynthii. - Da
panu. Niech pan tylko zobowiąże się wysyłać jej pieniądze.
- Myśli pan, że się zgodzi? Że pozwoli mi
jechać? - Na pewno - powiedział Gantro.
- Naprawdę pan myśli, że nasze żony nas
puszczą? - spytał Ian Best wspólnie z Edem wsadzając chłopców do
mercedesa. - Może ma pan rację. Cynthia
chętnie się mnie pozbędzie. Wie pan, jak ona mnie nazywa w obecności
Waltera? "Agresywny tchórz" i tym podobnie. Nie ma dla mnie za grosz
szacunku. - Żony nas puszczą - powiedział
Gantro, ale wiedział, że to nieprawda.
Obejrzał się na kierownika Centrum, pana Sama
B. Carpentera i tego kierowcę ciężarówki Ferrisa, który, jak
Carpenter powiedział prasie i telewizji, był od tego dnia zwolniony
z pracy, a zresztą był nowym i niedoświadczonym pracownikiem.
- Nie - powiedział. - Nie puszczą nas, nikt z
nich nas nie puści. Ian Best niewprawnie
manipulował skomplikowanymi przekładniami prymitywnego silnika na
węgiel. - Dlaczego mają nas nie puścić; niech
pan patrzy, stoją tam i nic nie robią. Co mogą zrobić po tym, co pan
powiedział do telewizji i temu reporterowi z gazety?
- Nie o nich mi chodzi - powiedział drewnianym
głosem Gantro. - Moglibyśmy uciec.
- Jesteśmy uwięzieni - powiedział Gantro. -
Uwięzieni bez szans na uwolnienie. Ale niech pan spyta Cynthii. Nie
zaszkodzi spróbować. - Nigdy więc nie
zobaczymy wyspy Vancouver i wyłaniających się z mgły wielkich
oceanicznych promów? - spytał Ian Best. -
Kiedyś na pewno zobaczymy - powiedział Gantro, wiedząc, że to
kłamstwo, absolutne kłamstwo, tak, jak czasami mówiąc coś wiemy, że
to absolutna prawda. Wyjechali z parkingu na
ulicę. - Przyjemnie jest - rzucił Ian Best -
być znów na wolności, co? - Trzej chłopcy kiwnęli głowami, Ed Gantro
nie odezwał się. Wolni, myślał. Wolno nam wrócić do domu, gdzie
będziemy uwięzieni w większej sieci, w większej ciężarówce niż ta
mechaniczna, jakiej używa Centrum Powiatowe. -
To wielki dzień - powiedział Ian Best. - Tak -
zgodził się Ed Gantro. - Wielki dzień, w którym zadano szlachetny i
skuteczny cios w obronie wszystkich bezbronnych istot, wszystkiego,
o czym można powiedzieć, że jest żywe. - Nie
chcę wracać do domu - powiedział Ian Best spoglądając na Eda Gantro
w zwodniczym oświetleniu. - Chcę jechać prosto do Kanady.
- Musimy pojechać do domu - przypomniał mu Ed.
- Na jakiś czas. Uregulować sprawy. Kwestie prawne, zabrać niezbędne
rzeczy. - Nigdy tam nie dojedziemy. Do
Kolumbii Brytyjskiej, wyspy Vancouver, Parku Stanleya, Zatoki
Angielskiej, tam, gdzie hodują żywność, trzymają konie i gdzie są
oceaniczne promy - powiedział Ian Best prowadząc.
- To prawda - potwierdził Ed Gantro.
- Ani teraz, ani później?
- Nigdy. - Tego się
właśnie obawiałem - Bestowi głos się załamał i zaczął prowadzić
jakoś dziwnie. - Podejrzewałem to od początku.
Jechali dalej w milczeniu, nie mając sobie już
nic do powiedzenia. Wszystko zostało powiedziane.
Przełożył Lech
Jęczmyk

| HOME | BIOGRAFIA | BIBLIOGRAFIA | WYWIADY | ESEJE | OPOWIADANIA | | INNI O NIM | GALERIA | TOP 10 | O AUTORZE |
|